Ostatnio mam wrażenie, że coś się z dostępem do informacji pogorszyło - powiedział Igor w dyskusji strażników i praktyków zajmujących się prawem do informacji publicznej, którzy prezentowali swoje ostatnie, ciekawe doświadczenia z prawem do informacji publicznej w Polsce.
Nasza informacja nie jest publiczna
Nie tak dawno chciałem dowiedzieć się - zaczął opowieść Krystian - jakie warszawskie fundacje realizowały w latach 2003-2004 odpłatne szkolenia dla TVP SA. Skorzystałem z formularza umieszczonego na stronie TVP. Zmroziło mnie, że chcą ode mnie mnóstwa danych osobowych, ale postanowiłem zaryzykować i przesłać formularz. Ponieważ nie dostałem żadnego potwierdzenia, że do kogokolwiek mój wniosek doszedł to zacząłem poszukiwania, gdzie on może być - jeśli gdzieś w ogóle się znalazł. Rozpocząłem kilkudniową eskapadę telefoniczną.
Nikt nic nie wiedział. Łączono mnie z to z jednym biurem na Woronicza to z drugim. Wreszcie trafiłem na pana, który zapytał po co mi to potrzebne, a jak go poinformowałem, że nie może mi zadawać tego pytania, to zaczął mi o studentach opowiadać co to nic tylko o informację proszą. Nie dając za wygraną, spytałem się czy mi da tę informację, czy też nie. Powiedział, że da, ale to zajmie więcej czasu, więc przesuwa termin do dwóch miesięcy. Ok - powiedziałem mu prosząc o maila, że termin jest przedłużony, jakie są tego przyczyny i którego dnia mogę się spodziewać otrzymania informacji. Zamiast tego po tygodniu otrzymałem pismo, że art. 6 ustawy o dostępie do informacji publicznej nie zobowiązuje do udostępnienia informacji, o które wnioskuję.
Już dawno nie słyszałem, żeby ktoś się powoływał na to, że jak coś się nie zawiera w art. 6 to nie podlega udostępnieniu. Nie poddając się odpisałem, że art. 6 ustawy o dostępie do informacji określa co jest "w szczególności" informacją publiczną i nie stanowi katalogu zamkniętego. Podałem także przykłady orzeczeń sądów administracyjnych. Pomyślałem sobie, że teraz już pójdzie gładko, wierząc naiwnie, że może dział prawny nie wiedział o tym, ale przeczyta i sprawdzi i da to, o co prosiłem. A tu niespodziewanie w skrzynce mejlowej znajduję coś takiego:
"Po konsultacji z Biurem Prawnym chciałbym przekazać informację, że TVP SA podtrzymuje swoją decyzję o nie udostępnianiu informacji dotyczących wszystkich fundacji mających siedzibę w Warszawie, które w latach 2003 i 2004 realizowały na zlecenie TVP SA odpłatne usługi, w tym usługi szkoleniowe. Naszym zdaniem informacje te nie stanowią informacji publicznej w rozumieniu art. 6 ustawy z dnia 6.09.2001 o dostępie do informacji publicznej."
Czytałem to 10 razy, czy może coś źle przeczytałem. Ale nie - czarno na białym, że to nie jest informacja publiczna. Normalnie jakby człowiekowi sztylet w serce - zakończył Krystian wykonując gest znany z japońskich filmów o samurajach.
Pokaż kim jesteś
Mówiłeś Krystianie o formularzu na stronie internetowej - powiedział Zbyszek. Otóż wyobraźcie sobie, chcę złożyć wniosek o informację do Rzecznika Praw Obywatelskich. Wysyłam go e-mailem i dostaję odpowiedź, że do przesyłania wniosków służy formularz na stronie RPO. I że oni udzielają informacji wysłanych tylko przez ten formularz, bo takie mają wewnętrzne procedury. Więc wchodzę na ten formularz a tam pytanie o imię, nazwisko, ulicę, numer domu, mieszkania i kod pocztowy. I żadnego pola nie można pominąć, bo formularz się nie prześle. I po co Rzecznikowi wszystkie te moje dane?
Nie pytaj, bo burmistrz się niepokoi
No to ja ci powiem po co - wyrwał się do odpowiedzi Sławek. Kilka dni temu odbieram telefon, a tu odzywa się urzędnik z gminy i pyta, czy aby mi się nie nudzi, bo po co ten wniosek o informację. Burmistrz się tym niepokoi. A ja tylko zapytałem o kopię umowy na obsługę prawną, protokoły z sesji i opinię prawną w zakresie możliwości umieszczania reklam na stronie BIP, bo widziałem w BIP reklamę, a także o opinie pełnomocników prezentowane na posiedzeniach rady.
No więc sobie pogadaliśmy w pięknych słowach o jawności administracji itd. Przy okazji wyjaśniło się, że to znajomy znajomego i jakoś tak do mnie dotarł. Samo życie, ale tego się nie spodziewałem - zakończył z ironicznym uśmiechem Sławek.
Jak kamień w wodę
No to posłuchajcie teraz drogie koleżanki i drodzy koledzy - zabrał głos Kamil, działacz społeczny z Podkarpacia. W marcu tego roku jako „każdy" (aczkolwiek podpisując się imieniem i nazwiskiem) złożyłem drogą emailową wniosek w Kancelarii Prezydenta RP o udostępnienie mi informacji publicznej. Przeczytałem bowiem w gazecie, że przy Prezydencie RP powstało specjalne stanowisko zajmujące się tematyką, która mnie osobiście interesuje. Nie udało mi się jednak znaleźć ani w Internecie, ani w BIP-ie Kancelarii Prezydenta żadnych informacji o tym stanowisku. Poprosiłem więc Kancelarię RP o przesłanie mi wszelakich będących w dyspozycji Kancelarii dokumentów dotyczących tego zagadnienia (np. regulamin, zakres obowiązków, podstawę prawną powołania itp.). Niestety nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. I w sumie o sprawie zapomniałem. Ale po jakimś czasie (po dwóch miesiącach) sobie przypomniałem i napisałem ten sam wniosek jeszcze raz. Znowu podpisując się imieniem i nazwiskiem. I znowu nie otrzymałem odpowiedzi. No to parę dni temu napisałem do Kancelarii Prezydenta RP wezwanie do usunięcia naruszenia prawa.
Na to wezwanie również nie otrzymałem jeszcze odpowiedzi. Ale za to wczoraj miałem telefon. Niestety nie z Kancelarii Prezydenta RP. Zadzwonił pan Edward H. szef pewnej organizacji pozarządowej zajmującej się tą właśnie tematyką, którą miał zajmować się specjalny urzędnik w Kancelarii Prezydenta.
Pan zadzwonił z wyrzutem - dlaczego to napisałem takie brzydkie pismo do Kancelarii Prezydenta RP, w którym tak niegrzecznie napisałem, że nieudzielanie informacji stanowi przestępstwo. I w związku z tym pan Edward zapytuje jakie są moje intencje i dlaczego chcę zaszkodzić takiej pożytecznej inicjatywie, jaką jest to właśnie specjalne stanowisko w Kancelarii Prezydenta, bo to jest przecież naprawdę duży sukces że ono powstało i organizacje pozarządowe zajmujące się tą tematyką wiele sobie po nim obiecują. I że ten urząd bardzo dobrze działa i sprawdza się, bo nawet panu Edwardowi załatwił "dojście" do różnych ważnych urzędników.
Informacja publiczna pocztą pantoflową
Zatkało mnie - ciągnął dalej Kamil. Zacząłem bąkać coś o fundamentalnych prawach obywateli do informacji publicznej, o demokratycznym państwie prawa i tak dalej, ale pana Edwarda ten temat specjalnie nie interesował. Interesowała go kwestia taka, że przecież jest tyle ataków na działaczy organizacji pozarządowych i nie należy utrudniać działań temu urzędnikowi, który tak w ogóle jest kolegą pana Edwarda. Zszokowany próbowałem wytłumaczyć panu Edwardowi, że już samo to, że on w ogóle wie o tej sprawie i że ktoś postronny poznał treść korespondencji obywatela z instytucją państwową jest czynem karygodnym, ale pan Edward poradził mi żebym "nie wyjeżdżał z takimi tekstami".
Starałem się wytłumaczyć, że nie spodziewałem się nigdy, że prosząc na przykład starostę o udostępnienie jakichś dokumentów budowlanych mogę tym urazić osobiście inspektora budowlanego, który poprosi swojego kolegę żeby do mnie zadzwonił w tej sprawie.
Roztrzęsiony tą rozmową pojechałem na spotkanie, gdzie spotkałem swoją dobrą koleżankę z innej organizacji zajmującej się tą tematyką, która również o sprawie już wiedziała od pana Edwarda i jego pracującego w Kancelarii Prezydenta kolegi, i ta koleżanka również mnie prosiła, żebym nie utrudniał pracy urzędnikowi, który zajmuje się takimi pożytecznymi działaniami.
Może dla bardziej doświadczonych watchdogów to co mnie spotkało będzie normalką, ale ja powiem szczerze, że jako obywatel jestem w głębokim szoku i przeżywam kryzys zaufania do organów państwa - zakończył Kamil i usiadł.
I im dalej w las - tym ciemniej
Naprawdę te historie pokazują o co chodzi z prawami człowieka i demokracją - próbowała podsumować Katarzyna.
Niedawno byłem na rozprawie w jednym z Wojewódzkich Sądów Administracyjnych - przerwał Sławek. Tam zobaczyłem gdzie jestem w realizacji jawności. Ktoś zawnioskował o jakieś informacje, w odpowiedzi uzyskał prawie nic. Złożył skargę i w odpowiedzi na skargę podmiot zobowiązany poza głupotami dowodził o "przymiotach" osoby wnioskującej i załączył do odpowiedzi całą dokumentację związaną z dawną pracą tej osoby, żeby wykazać jakiś fakt.
Nawet nie chcę wiedzieć jaki. Po co to komu? Spór dotyczył prawa do informacji, a nie prawa pracy. Może powinniśmy być miłymi osobami domagającymi się realizacji prawa do informacji. Może też zamiast bawić się w skargi na bezczynność winniśmy stosować z automatu art. 23. Nie wiem, ale dziwnie się zaczynam czuć jak słyszę to, o czym mówicie i jak sam doświadczam dostępu do informacji.
Igor mówił, iż czuje pogorszenie w dostępie do informacji, ja myślę, że to się nie zmieniło ani na lepsze ani nie popsuło. Po prostu zaczynamy więcej i więcej pytać. I o trudniejsze sprawy.
No i im dalej w las - tym ciemniej. Popodwijam jeszcze bardziej rękawy bo pracy przed nami sporo - spuentował Krzysiek.
KONIEC CZĘŚCI I
* Wypowiedzi autentyczne. Tytuł i śródtytuły od redakcji. Imiona osób zostały zmienione.
** Zapraszam do komentowania. Najciekawsze komentarze zacytujemy w części II.